Rozdział 1 (Tropem snów)

-Emi! Żyjesz?- zaśmiał się Karol, machając mi przed nosem ręką.
-Tak, jasne! A czemu miałabym nie żyć? – zdziwiłam się. Siedzieliśmy w salonie mojego domu, przed kominkiem.
-Bo to dość do ciebie niepodobne- wskazał na herbatę, którą trzymałam w ręce.
-Herbata. Co z tego?- dalej nie rozumiałam.
-Przeważnie słodzisz łyżeczkę.
-Tak- spojrzałam na niego podejrzliwie -Do czego zmierzasz?
-Posłodziłaś ją co najmniej dziesięcioma.
„Czy to możliwe?”- pomyślałam i spróbowałam herbaty.
-Pfe!- krzyknęłam -Ale ulepek! Masz! – podałam napój Karolowi. On wszystko wypije.
„Przez te sny robię się dziwna.”.
Ostatnio niemal nieustannie myślałam o „Moim Skarbie”, czymkolwiek on był.
Bywało, że „wyłączałam” się z życia na kilka sekund i robiłam coś machinalnie, nie mając tego świadomości.
Od początku dziwnych wydarzeń minął zaledwie tydzień, a ja czuję jakby rok. Co wieczór zasypiam z nadzieją na SEN, który wskaże mi, gdzie szukać odpowiedzi na pytania, jak szukać Skarbu. I co rano budzę się rozczarowana. Nie wiem, dlaczego sny nie wracają.
-Emi! Wróć na ziemię!- Karol był zirytowany.
-Przepraszam…- westchnęłam -Ostatnio nie mogę się skupić.
-Powiesz mi, dlaczego?
Pokręciłam przecząco głową.
-Wyśmiałbyś mnie.
-Przysięgam, że nie będę się śmiał- zasalutował -Słowo harcerza.
Zaśmiałam się. Czasami był taki słodki!
-Dobrze wiem, że nigdy nie byłeś harcerzem!- wymierzyłam mu szturchańca.
-No to mi powiedz, bo jestem twoim chłopakiem i kochasz mnie nad życie.
-Nieprawda!
Karol spoważniał.
-No, a teraz serio. Masz problem, to mi powiedz- poprosił, przechylając się w moją stronę.
-Jeszcze nie teraz- odgarnęłam mu z twarzy niesforną grzywkę.
Nagle ogarnęła mnie dziwna chęć do powiedzenia pewnej rzeczy.
-Kocham cię. Jeżeli ty czujesz to samo, to mi zaufaj i nie pytaj. Już niedługo. Uwierz mi.
Karol spojrzał na mnie smutnym wzrokiem.
-Pięknie to powiedziałaś- jego głos również był smutny.
Nie odpowiedziałam nic. Przytuliłam się tylko do niego. Siedzieliśmy tak chwilę, a potem chłopak stwierdził:
-Późno już. Lepiej pójdę do domu.
Odprowadziłam go do drzwi.
-To do jutra- powiedział.
-Do jutra- pożegnałam go. Patrzyłam przez okno jak odchodzi.
„Czemu mu nie powiedziałam?”- zastanawiałam się. „Przecież go kocham…”
Chłopak zniknął za rogiem, a ja, z braku innych zajęć, poszłam zażyć kąpieli.
W wodzie było przyjemnie. Ciepło. Zanurzyłam się w pachnącej pianie i odprężyłam. Nawet nie zauważyłam, kiedy przysnęłam.

-Amelio! Powóz czeka!- zawołała moja matka.
Nie miałam ochoty na kolejną nudną przejażdżkę z hrabią Malzackiem.
-Matko, żałuję, ale boli mnie głowa!- powiedziałam, przykładając rękę do czoła w teatralnym geście -Znów ta migrena!
-Anthony będzie zawiedziony- Martha, moja starsza siostra doskonale wiedziała, że udaję i tego nie kryła.
-Cóż, jakoś to przeboleje!- syknęłam.
-Amelio, dziś taki piękny dzień! Przejedź się. Świeże powietrze dobrze ci zrobi!- matka nadal nalegała. Wiedziałam, że muszę się poddać.
Naburmuszona wyszłam przed dom. Mój adorator czekał tam na mnie.
-Wyglądasz, pani, dzisiaj przepięknie!- powiedział, całując moją dłoń. Wsiadłam z nim do powozu i wraz z przyzwoitką pojechaliśmy.
-A czemu moja droga Amelia dziś taka markotna?- zapytał hrabia.
„Bo znów muszę cię znosić!”- chciałam odpowiedzieć, ale zamiast tego wcisnęłam mu mowę o migrenie.
Uszanował to i milczał przez podczas całej przejażdżki.
Sama nie wiedziałam, czemu aż tak denerwowały mnie jego zaloty. Był bogaty, przystojny, ujmująco miły i szanowany. „Świetna partia!”- mawiała o nim matka.
W sumie to nawet mogłabym go lubić, ale w jego towarzystwie jeszcze bardziej odczuwałam pustkę.
Od pewnego czasu czułam, że czegoś mi brakuje. Nazywałam to w myślach „Moim Skarbem” i choć nie wiedziałam, co to jest, to byłam pewna, że gdy to znajdę pustka zniknie.
Przejażdżka się skończyła. Malzack pomógł mi wyjść z powozu. Odprowadził mnie pod dom i gdy zatrzymaliśmy się przed drzwiami, wręczył śliczną broszkę.
-Nie mogę tego przyjąć!- zawołałam.
On zamknął mi klejnot w dłoni.
-Możesz- i odszedł alejką powrotem do powozu.

-Emilko! Emilciu!- potrząsała mną mama.
Obudziłam się w lodowatej wodzie. Wciąż leżałam w wannie.
-Boże, jak to dobrze, że nic ci nie jest!- odetchnęła z ulgą.
-Spokojnie, mamo. Jestem zmęczona. Tylko zdrzemnęłam się.
-Dobrze, kochanie, ale więcej nie śpij w wannie. Chcesz, żebym dostała zawału?
Mama wyszła z łazienki, a ja postanowiłam wyjść z wody. Kiedy się ruszyłam, ze zdumieniem stwierdziłam, że trzymam coś w zaciśniętej dłoni.
Otworzyłam ją.
Zobaczyłam małą, śliczną broszkę.